Dzień na wyspie Phillip Island, gdzie pingwiny paradują

Kiedy po przylocie do Melbourne rodzina zapytała mnie, co chciałabym zobaczyć, bez wahania odpowiedziałam: kangury! Spotkanie oko w oko z tymi torbaczami było na mojej życiowej bucket list, bo kocham zwierzaki, a kangury to swoista ikona Australii, o której marzyłam już od najmłodszych lat. Ale że akurat tam spotkam pingwiny? To dopiero niespodzianka! 


A to wszystko stało się możliwe podczas wycieczki na Wyspę Filipa (Phillip Island) oddaloną od Melbourne o ok. dwie godziny jazdy samochodem. Idealne miejsce na jednodniową lub weekendową wyprawę. Wyspa jest połączona z lądem bardzo długim mostem, a widoki zapierają dech w piersiach.

Phillip Island Wildlife Park 

Zacznijmy jednak od kangurów i nie tylko, bo w Australii żyją również misie koala, wombaty, psy dingo, kazuary, diabły tasmańskie, rozmaite ptaki w tym papugi kakadu, kolczatki i wiele innych. Tylko jak to zrobić, żeby spotkać je wszystkie? Wybrać się do parku! W Phillip Island Wildlife Park znajduje się około 100 gatunków australijskich zwierząt. Najlepsze miejsce na poznanie natywnej fauny w krótkim czasie.

Diabeł tasmański

Tak bliskiego spotkania z kangurami się jednak nie spodziewałam. Wkroczyłam do ich świata, codzienności, mogłam je nakarmić i pogłaskać. Specjalną karmę dla zwierząt dostajemy przy zakupie biletu wstępu. Była to zdecydowanie najlepsza atrakcja parku: kangury poruszające się po olbrzymim, wolnym terenie, żyjące w swoim naturalnym środowisku. A my po prostu spacerujemy sobie pomiędzy nimi jak gdyby nigdy nic. Pierwszym torbaczem jaki pojawił się na mojej drodze był mały, (ale jaki sympatyczny!) wollaby. Z tego szczęścia, że właśnie ujrzałam pierwszego w swoim życiu kangura, pozwoliłam mu zjeść prawie całą paczuszkę karmy. Dopiero Chinka wracająca ze zwiedzania uświadomiła nas: There is more. There is much more kangaroos! Oczywiście miała rację, a my udaliśmy się pośpiesznie, żeby przekonać się na własne oczy. Jeden, drugi, trzeci, czwarty… Wszystkie przyjazne, ufnie nastawione i spragnione smakołyków.

Kangur odmiany wollaby



Kiedy już trochę nacieszyłam się kangurami, pośpieszyłam poznać kolejny symbol Australii, czyli misie koala. Tutaj niestety nie miałam tyle szczęścia i trafiłam na drzemkę, więc miśki nie za bardzo chciały się pokazać. Nie było to zaskoczeniem, bo koale śpią osiemnaście godzin na dobę, a jak już się obudzą to wcinają najczęściej liście eukaliptusa i są aktywne głównie w nocy. To się nazywa slow life!

Na marginesie: koale tak naprawdę należą do gatunku torbaczy, choć przyjęło się nazywać je błędnie misiami. W rzeczywistości nie mają nic wspólnego z niedźwiedziami.


Kakadu żółtolica

Parada pingwinów

Po całym przedpołudniu z kawałkiem popołudnia spędzonym ze zwierzakami i po przerwie na lunch przyszedł czas na paradę małych pingwinków (penguin parade), które codziennie po zachodzie słońca wychodzą z oceanu, aby schować się w swoich norkach. Tysiące trzydziesto-centymetrowych little penguins o wadze jednego kilograma każdy, wraca do swoich "domków", a my jesteśmy tego świadkami siedząc na specjalnej trybunie. Warto ze sobą zabrać ciepłe ubrania i koce, bo może być naprawdę zimno nawet w lato, a na bohaterów wieczoru trzeba poczekać. Gdy już się jednak pojawią, w mig zapominamy o zimnie i niedogodnościach. To jedno z tych doświadczeń, które pamięta się przez całe życie. 


Pingwinkom nie można robić zdjęć, ponieważ turyści nie uszanowali zakazu używania flesza, który płoszy te małe stworzenia. Oczywiście zawsze znajdzie się ktoś, kto próbuje... Nie potrafię tego zrozumieć. Najpiękniejsze zdjęcia i tak mamy zapisane w głowie tworząc w ten sposób nasze własne, niepowtarzalne wspomnienia.

Źródło zdjęcia: http://www.visitmelbourne.com/

Oczarowana tupotem małych stóp zatraciłam poczucie czasu i ledwo zorientowałam się, że spektakl dobiega końca. Wracając drewnianym pomostem nadal można było obserwować jak te urocze ptaki powoli kroczą do swoich norek. A może by tak zabrać jednego ze sobą? Słodziaki.

Na koniec pełnego wrażeń dnia pozostało jeszcze ogrzać się gorącą czekoladą i odwiedzić sklepik z pamiątkami, w którym pełno różności z małym pingwinem w roli głównej i powrót do Melbourne.

Tak wspaniale i pięknie było na Phillip Island.





Komentarze

  1. Ja to bym chciała zobaczyć na żywo takiego diabła tasmańskiego ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Niesamowite zwierzaki. Kangury też są na mojej liście. Dobrze wiedzieć, że jest takie miejsce, w którym można spotkać tyle zwierząt na raz. Będę pamiętała o wyspie Filipa, planując podróż do Australii :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Biedne zwierzątka, jak ktoś robi im zdjęcia z fleszem. Niektórzy po prostu w ogóle nie myślą.
    Co do kangurów i reszty -> też bym chciała zobaczyć je w swoim naturalnym środowisku (a na pewno bardziej naturalnym niż zoo) :)

    OdpowiedzUsuń
  4. To musiało być fantastyczne przeżycie! :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty

https://www.facebook.com/insideofmeblog/?ref=bookmarkshttps://plus.google.com/u/0/107762706792663271073https://pl.pinterest.com/insideofmeblog/