Nadawanie etykiet, czyli o bańkach mydlanych

Budowanie tożsamości rozpoczyna się już w dzieciństwie. Mały osobnik zbiera informacje na swój temat z otoczenia, a one niezauważalnie zapadają w podświadomość. Raz usłyszane: „nieśmiały”, „zdolny”, „przeciętny”, „głupi”, „ładny”, „brzydki” to pierwsze etykiety na nasz temat, ale to dopiero początek zabawy. Wraz ze wzrostem samoświadomości sami je sobie nadajemy, bo przecież musimy być „jacyś”, ale też szufladkujemy innych. Umysł nie lubi wszystkiego, co odstaje od normy, którą sam sobie wymyślił lub przyswoił z otoczenia – kolejne słodkie złudzenie. Pragniemy żyć w świecie, który nie jest obcy, nawet jeśli to tylko iluzja. Ego zwane inaczej poczuciem własnego „ja”, nigdy nie ma dość i wciąż domaga się zaspokajania, kreując coraz to ciekawsze kłamstwa, których tak bardzo nie chcemy dostrzegać… 


Etykietowanie nie jest do końca złe. Pozwala nam rozeznać się w rzeczywistości, porządkować w głowie pewne zjawiska. Tak działa umysł. Problem pojawia się w momencie, gdy zaczynamy utożsamiać się z etykietami. Uznawać je za integralną część siebie, a wręcz budować na ich podstawie poczucie własnej wartości. Negatywne etykiety, które do nas przyległy zamieniają się w kompleksy i ograniczają nasze pole działania. Pozytywne mogą nam pomóc, np. w drodze do sukcesu, bo jesteśmy bardziej pewni siebie, ale potrafią też zaślepić. Podstępne ego niezwłocznie da o sobie znać, chcąc więcej, więcej i więcej: musimy przecież być „kimś” – zasłonić się za wyszukaną i pięknie brzmiącą nazwą stanowiska pracy albo zawodem. „Mieć tytuł to dopiero coś”- podpowiada ego. Nie ma nic złego w realizowaniu kariery i rozwoju zawodowym. Trzeba sobie odpowiedzieć tylko na pytanie: po co to robimy? Dla oklasków i podziwu innych, pieniędzy, sławy, aprobaty rodziny czy dlatego, że podążamy za wewnętrznym przekonaniem, które naprowadza nas na życiowe powołanie?

Kim jestem? To chyba jedno z najtrudniejszych pytań, jakie można sobie zadać. Pewnego dnia brałam udział w warsztatach motywacyjnych i pierwszy raz musiałam zmierzyć się z tym jakże skomplikowanym zagadnieniem. W pierwszej kolejności oczywiście przychodzą do głowy typowe informacje: jestem kobietą, mam tyle i tyle lat, skończyłam takie i takie studia, pracuję tu i tam, pochodzę z takiej miejscowości… Nie napisałam tych wszystkich faktów, tylko obserwowałam, jak myśli w mojej głowie przeskakują z jednej na drugą. Czułam wewnętrzny sprzeciw. Czy naprawdę jestem tylko sumą splotów okoliczności, swoimi życiowymi wyborami i echem przeszłości? Wszystko, co się zdarza, pozostawia ślad w naszym charakterze i sposobie postępowania, ale czy definiuje nas samych? 


Rozglądając się po sali, widziałam, jak inni uczestnicy z zapałem wypełniają białą kartkę, a ja pozostałam z wielkim znakiem zapytania i wątpliwościami na temat własnego istnienia. Po powrocie do domu myśli nadal nie dawały mi spokoju, więc postanowiłam podumać jeszcze chwilę. Wszystkie te przecież prawdziwe informacje o mnie wydały mi się takie powierzchowne – należące do świata zewnętrznego. A gdyby tak o nich zapomnieć przez chwilę? Co się stanie? Doszukamy się prawdziwego źródła istnienia, które jest w nas samych. Roztopią się granice kreowane przez umysł, rozpocznie się wolność. Zobaczymy, że świat wygląda zupełnie inaczej. Bańka mydlana pęknie. Dla wielu to przerażające.

 
Tak samo, jak nadajemy sobie przeróżne etykiety, szufladkujemy też innych ludzi. W pierwszej kolejności na podstawie wyglądu. Jeśli ktoś ewidentnie wyróżnia się z tłumu, trzeba mu od razu przepisać jakieś cechy charakteru albo umieścić w grupie społecznej. W przeciwnym wypadku umysł zaczyna tracić „grunt pod nogami” i wkrada się chaos. Automatycznie podsuwa nam kłamstwa, w które od razu wierzymy. Tak rodzą się stereotypy. Nie przyjdzie nam nawet do głowy, żeby podważyć własne opinie. Patrząc w ten sposób na człowieka, widzimy tylko zlepek etykiet wytworzonych przez nasz umysł, a nie prawdziwą osobę. 


Jak wyglądałby świat, gdybyśmy zaprzestali etykietowania? Nie ulegali tak łatwo złudzeniom? Na pewno swoimi słowami i opiniami nie wyrządzalibyśmy krzywdy innym, ale także sobie. W naszym życiu byłoby więcej czystej miłości. Nie chodzi o to, żeby całkowicie zaprzestać nadawać etykiety. Nawet nie wiem, czy jest to możliwe ze względu na naturę umysłu i podświadome zachowania. Można po prostu zauważać, kiedy to robimy i nie pozwolić, żeby bezwiednie sterowały naszą percepcją. Czy to nie nazywa się prawdziwą wolnością? 




 

Komentarze

Popularne posty

https://www.facebook.com/insideofmeblog/?ref=bookmarkshttps://plus.google.com/u/0/107762706792663271073https://pl.pinterest.com/insideofmeblog/